Zacznę od znaczenia słowa krucjata. Słowo to pochodzi od łacińskiego słowa crux czyli krzyż i zaczęto nim nazywać wszelkie zbrojne akcje podejmowane pod chrześcijańskimi sztandarami. Metaforycznie zaczęto też tak nazywać wszelkie, nie będące jednorazowymi czynnościami, akcje przeciwko czemukolwiek. Można więc powiedzieć, że ktoś podejmujący walkę np. z korupcją prowadzi krucjatę przeciwko korupcji itp. Takie krucjaty mogą być słuszne albo zupełnie bezsensowną stratą czasu, wszystko zależy jaki skutek chcemy osiągnąć.
Do czego potrzebne jest to wprowadzenie? Otóż w przestrzeni internetowej istnieją osoby, których treścią życia jest prowadzenie krucjat przeciw szeroko rozumianemu kalwinizmowi. Niestety tak szeroko rozumianemu, że nie dostrzegają oni pewnych niuansów, które narażają ich argumentację na śmieszność. Co jednak najbardziej zastanawiające to fakt, że krucjata przeciw kalwinizmowi dla tych osób oznacza osobistą krucjatę przeciw Janowi Kalwinowi. Rzeczowa polemika z argumentami nie stanowi zatem podstawy tej krucjaty, natomiast rzeczona polemika przejawia się zwłaszcza w gotowości do walki ze stworzonymi przez siebie wrogami, iście na miarę Don Kichota. Głównym celem tej krucjaty pozostaje osoba Jana Kalwina, a głównym argumentem, który niczym szwedzka kolubryna wycelowana w mury Jasnej Góry, jest oczywiście śmierć Miguela Serveta.
Problem, jaki jawi się już na początku, to kwestia traktowania postaci Jana Kalwina, jako swego rodzaju głowy tzw. kalwinizmu. Choć Jan Kalwin jest jedną z najważniejszych osób dla tego co powszechnie nazywa się kalwinizmem, to nie jest wcale postacią najważniejszą, gdyż de facto najważniejszą postacią kalwinizmu jest Jezus Chrystus, a zaraz po nim apostoł Paweł. Tymczasem nasi dzielni krzyżowcy, upatrzyli sobie na cel swoich „zbrojnych” harców postać Jana Kalwina, niczym papiści, których to ze względu na koncept papiestwa jako jednoosobowej reprezentacji instytucji, mógłbym zrozumieć. Za każdym razem, przy okazji jakiejkolwiek wymiany zdań, nie omieszkają zakrzyknąć „Kalwin był mordercą!”, zapominając przy tym o jakiejkolwiek uczciwości historycznej, o kontekście i o znaczeniu postaci Miguela Serveta dla Reformacji.
Wielokrotnie już zdarzyło mi się refutować takie podejście, nie dlatego, że w jakiś szczególny sposób „uwielbiam” Kalwina, ale ze względu na uczciwość wobec historii. Kalwin, jak i inni reformatorzy nie byli krystalicznymi postaciami, ale niech pierwszy rzuci kamieniem, kto jest bez winy. Żyli w zupełnie innych czasach, stawiali czoła zupełnie innym wymaganiom niż my. Ocenianie ich z perspektywy naszej kultury, naszej historii i naszej wolności wyznania jest zwykłą nieuczciwością wobec tych osób. Jako baptysta zdaję sobie doskonale sprawę, że gdybym się znalazł w Genewie w czasach Kalwina, to za moje poglądy na chrzest, kościół oraz relacje między władzą świecką a kościołem, w najlepszym wypadku zostałbym wypędzony z miasta, a w najgorszym spalony na stosie. Gdybym trafił w ręce Zwingliego zapewne zostałbym utopiony. Nie zmienia to faktu, że byli to ludzie oddani Chrystusowi i kościołowi, broniący tego co z takim trudem w tamtych czasach zostało osiągnięte. Jednocześnie ci ludzie, włącznie z Kalwinem, nie byli doskonali, mieli swoje słabości i wykorzystywali metody po jakie sięgali wszyscy, co wydawało się wówczas dla większości normą. Dopiero późniejszy rozwój Reformacji doprowadził do zaniechania używania takich metod. Po drugie tolerowanie osoby Serveta, z jego antytrynitarnymi argumentami, które podważały istotę chrześcijańskiej wiary, dałoby argument przeciwnikom reformy i wzmacniałyby kontrreformację. Nie usprawiedliwiam śmierci człowieka, jako baptysta jestem daleki od pochwały zabicia kogokolwiek, kto ma inne poglądy niż ja, ale staram się w swojej ocenie być uczciwy wobec kontekstu historii i obyczajowości XVI wieku.
Wydaje się jednak, że nasi krzyżowcy anty kalwińskich zmagań, nie bardzo to sobie biorą do serca i wbrew wszelkim zdroworozsądkowym argumentom dalej atakują Kalwina, według zasady „uderz pasterza, a rozproszą się owce” (Mt 26:31), zupełnie ignorując przy tym fakt, iż Kalwin nie był przywódcą ani „ojcem” kalwinizmu. Równocześnie ignorują też fakt różnorodności kalwinizmu. Nie bez znaczenia było to, iż wspomniałem, że jestem baptystą, ponieważ jako konfesyjny reformowany baptysta, nie podpisuję się rękami i nogami pod absolutnie wszystkim co powiedział czy napisał Jan Kalwin. Przyjęcie zasady sola Scriptura, która stała się jedną z podstaw Reformacji i późniejszego rozwoju ewangelicznego chrześcijaństwa, wyklucza traktowanie Jana Kalwina jako nadrzędnego autorytetu. Oczywiście, że Jan Kalwin jest autorytetem, jego teologia i służba wzbogaciły Reformację oraz doprowadziły do jej rozwoju, ale ponad Kalwinem i jakimkolwiek innym autorytetem zawsze stoi Pismo Święte. Nieważne jakbyśmy osądzali Lutra, Zwingliego, Brucera czy Kalwina, to wydarli oni papiestwu autorytet, który zwrócili Biblii, dzięki czemu kolejne pokolenia mogły na tym budować i rozbudowywać teologię.
Życzę więc dzielnym anty kalwińskim krzyżowcom prawdziwych, a nie wyimaginowanych sukcesów. Łatwo jest bowiem walczyć z wiatrakami, które przedstawiamy jako prawdziwe argumenty, ale kiedy przyjrzymy się temu uważnie, to jedynym wiatrakiem z jakim się walczy to osoba Jana Kalwina, co dla całej zamierzonej konfrontacji z kalwinizmem nie ma żadnego znaczenia.
